Uratować cały świat - wywiad z Marią Florek

mariaflorek.jpg

27 stycznia br., w Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu, w Rzeszowie odbył się cykl spotkań związanych z judaizmem. Wśród nich nabożeństwo Słowa Bożego w rzeszowskiej farze, któremu przewodniczył biskup rzeszowski Jan Wątroba. Nabożeństwo było połączone z odczytaniem nazwisk Polaków z Rzeszowszczyzny, zamordowanych za pomoc niesioną Żydom, oraz Żydów, którzy ponieśli śmierć wraz z nimi. Poniżej prezentujemy wywiad z Marią Florek, odznaczoną medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”. Rozmawiał ks. Tomasz Nowak.

- W lipcu 1939 roku przeżywała Pani osiemnaste urodziny...
- Nie było żadnego przyjęcia.

- Miesiąc później rozpoczęła się wojna. Przypuszczam, że wiązało się to z poważną zmianą życiowych planów?
- Plany musieli zmienić wszyscy, niezależnie od wieku. Zresztą specjalnie się wtedy nad tym nie zastanawiałam. Mieszkałam z rodzicami w Lubartowie. Z pierwszych tygodni wojny pamiętam przede wszystkim tłumy ludzi, którzy przechodzili przez miasto idąc z centralnej Polski na wschód. Jako harcerka pełniłam różne dyżury pilnując porządku, roznosząc wodę. Jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, że od wschodu zbliżają się wojska radzieckie. Sami zastanawialiśmy się, czy nie opuścić Lubartowa. Mój brat wsiadł na rower i pojechał z kolegami w kierunku Włodawy. Wrócił z wiadomością, że Rosjanie są już nad Bugiem. (Brata za działalność w Armii Krajowej w 1956 roku zamordowali w Urzędzie Bezpieczeństwa). Potem patrzyliśmy jak przez Lubartów ciągnęły wojska niemieckie z czołgami, samochodami. Mając w pamięci słabo uzbrojone oddziały polskie z trwogą myśleliśmy o walce.

- Czy w Lubartowie zetknęła się Pani z Żydami?
- Oczywiście. Mieszkało ich tutaj bardzo dużo. W mojej szkole było ich nawet więcej niż Polaków.

- Jakie były relacje między wami?
- Powiedziałabym, że normalne. Sama nie miałam przyjaciół Żydów. Często taka biedna żydówka przychodziła do mojej mamy. Ta dawała jej mąkę i kapustę kiszoną...

- Czyli najpierw w okresie okupacji mieszkała Pani w Lubartowie. Kiedy przeprowadziła się Pani do Krakowa?
- Zanim znalazłem się w Krakowie pod drodze był jeszcze Lublin. Mój tato był policjantem i został tam skierowany do służby. Przeprowadziliśmy się razem z nim. Po roku wróciliśmy do Lubartowa. Tato przeszedł na emeryturę, wkrótce zresztą zmarł. Rodzice zdecydowali, że pojadę do Krakowa, do siostry. To był koniec 1940 roku. U sąsiadów mojej siostry poznałam przyszłego męża. Zamieszkałam u niego razem z teściową - wdową. To było na Podgórzu, na ulicy Łagiewnickiej, w części, którą później dołączono do ulicy Zamoyskiego. Ale na ślub pojechaliśmy do Lubartowa.

- Miała Pani białą sukienkę?
- Ani białej, ani żadnej specjalnej. Miałam zwyczajną sukienkę, w której zwykle chodziłam do kościoła.

- W 1992 roku otrzymała pani od Instytutu Pamięci „Yad Vashem” medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” za ratowanie Żydów. Komu i w jaki sposób Pani pomagała?
- Ten medal otrzymaliśmy wspólnie mężem. On już pośmiertnie. Zmarł w 1981 roku. Moja teściowa przyjaźniła się z żydowską rodziną Goldbergerów, która mieszkała na ul. Łagiewnickiej. Bardzo często nas odwiedzali więc i ja z nimi się zaprzyjaźniłam. W marcu 1941 roku musieli przeprowadzić się do getta. Powstało niedaleko nas, na Podgórzu. Na początku Żydzi mogli je opuszczać. Z najmłodszą córką Goldbergerów, Emilią, robiłam zakupy. Była prawie moją rówieśnicą, miała dwadzieścia dwa lata. Później zabronili opuszczać getto. Pewnego razu przyszedł do mnie policjant i niewiele mówiąc podał kartkę. Emilia napisała, żebym w określonym dniu przyszła pod mur getta w okolicy fabryki „Optima” na ul. Węgierskiej. Ona będzie tam za murem czekała.

- Nie bała się Pani, że ktoś może was nakryć?
- Bałam się. Ale świadomość, że tak blisko, w getcie, są przyjaciele, nie pozwoliła siedzieć spokojnie w domu. Mila podała mi list, w którym napisała, że mają opłaconego strażnika, napisała dni i pory, w których będzie na mnie czekać za murem na żywność. Tak przychodziłam przez jakiś czas, ale potem tego strażnika gdzieś zabrali. Znaleźliśmy inne miejsce, gdzie przerzucałam przez mur jedzenie. Poszyłam w tym celu takie specjalne worki. Część artykułów brałam u naszej wspólnej znajomej, Szuncowej, która prowadziła sklep na ulicy Czyżówki. U niej Goldbergerowie złożyli pieniądze. Jak Szuncowa nie miała czegoś w sklepie, to dawała mi pieniądze i kupowałam gdzie indziej. Pewnego razu Emilia przerzuciła mi kartkę, żebym zgłosiła się na Zabłocie do portierni w Fabryce Emalii Schindlera. Tam powiedziałam nazwisko i dostałam kopertę. Byłam tam w fabryce jeszcze kilka razy. Nigdy nie pytałam o zawartość. Dopiero później dowiedziałam się, że w kopertach były Kenkarty dla mieszkańców getta. [Kenkarty, które pani Florek przenosiła z fabryki Schindlera służyły potem uciekinierom z getta jako nowe dokumenty, tzw. „aryjskie papiery”.

- Nikt z Goldbergerów nie próbował uciec?
- Próbowali. Zaraz po zamknięciu getta uciekł jeden z synów - Witek Goldberger. Przybiegł do nas w nocy prosząc o ukrycie. Chował się u nas przez zimę z 1941 na 1942 r. W któryś wiosenny dzień, około godziny dziesiątej wpadła do nas sąsiadka, emerytowana nauczycielka i krzyczy: – Pani Florkowa, jak macie kogo w domu, to niech szybko ucieka! – Niby tajemnica, ale w sąsiedztwie wszyscy wiedzieli, że kogoś ukrywamy. Jak się okazało, podsłuchała rozmowę innej naszej sąsiadki z wartownikiem przy szkole na Zamoyskiego, gdzie stacjonowało niemieckie wojsko. Tamta sąsiadka powiedziała żołnierzowi, że u Florków chowają Żyda.

- Dlaczego to zrobiła?
- Głupi powód. Zwyczajnie, pokłóciła się z moją teściową o przejście przez podwórzec. Babskie sprawy. Na szczęście ta sąsiadka trafiła na żołnierza Ślązaka, który zapytał się tylko, czy wie, że naraża życie całej rodziny. Ale nie ryzykowaliśmy. W tym samym dniu mąż wyprowadził Witka na Krzemionki, gdzie była przy skale taka głęboka nora. Został tam do wieczora i na noc. Na drugi dzień mąż siadł na rower i pojechał do Tyńca do zaprzyjaźnionego o. Kazimierza i powiedział jak sprawa wygląda. Witek został jeszcze jedną noc w tej norze. Na drugi dzień mój mąż ubrał go w robocze ubranie i z takim wózkiem pojechali niby do jakiejś roboty. W Tyńcu Witek został przyjęty jako ogrodnik. O tym, że ukrywają Żyda wiedział tylko o. Kazimierz i przeor. Dojeżdżaliśmy czasem do niego. Wiozłam czyste ubranie, zabierałam brudne do prania. Witek po wojnie ułożył sobie życie w Polsce.

- Chyba nie było łatwo poruszać się w świecie, w którym nie wiadomo było, komu można ufać?
- To było ryzyko. Czasem się opłaciło. Taka sytuacja: Naprzeciwko naszego domu była studnia z pompą. Obok regularnie przechodziła grupa Żydów z obozu w Płaszowie na budowę drogi w okolicy ronda Matecznego. Zatrzymywali się koło naszego domu i żołnierz pozwalał Żydom pojedynczo podchodzić do studni, aby napili się wody. Akurat byłam przy studni. Jeden z Żydów mówi do mnie: – Pani, daj kawałek chleba. – Ja wtedy nie miałam nic do jedzenia. Przygotowałam się na następny raz. Poprosiłam dalszą sąsiadkę, która pracowała w szpitalu wojskowym, żeby przynosiła jakieś ścinki pieczywa. Zaproponowałam, że w zamian mogę jej coś uszyć, albo pocerować. Przynosiła nieraz i całe bochenki. Kroiłam wtedy chleb, wrzucałam go do wiadra, brałem córkę na ręce, miała wtedy kilka miesięcy i szłam w okolice studni. Żydzi pili wodę i brali chleb. Ja w tym czasie podchodziłam do pilnującego ich żołnierza. Był Ukraińcem. Byłam młoda, więc chętnie ze mną rozmawiał. To trwało kilka miesięcy, dopóki nie zlikwidowali getta. Nie sądzę, żeby nie wiedział dlaczego prawie za każdym razem, gdy zatrzymują się przy studni, ja również idę po wodę.

- A co się stało z pozostałymi Goldbergerami?
- Oprócz Witka przeżyła jeszcze jego siostra Franka i siostrzenica, też Franka. Najpierw przyszła do nas siostrzenica. Przyjechała ze Lwowa na początku 1943 roku. Akurat u mojej teściowej stołowali się chłopaki ze wsi, którzy na Podgórzu uczyli się na stolarza. Mój mąż pojechał z tymi chłopakami i załatwił jej schronienie we Wrząsowicach. Zresztą za duże pieniądze. Była tam do marca 1945 roku. Potem zaraz wyjechała do Izraela. Nie wszyscy chcieli uciekać, zwłaszcza na początku funkcjonowania getta. Romek Goldberger mówił nawet, że Witek jest głupi, że szkoda się narażać, bo to się szybko skończy. Starzy Goldbergerowie zginęli. Emilia, która chodziła ze mną na zakupy, również. Ona może by i poszła, ale miała narzeczonego w getcie, który nie chciał wyjść. Był synem bogatego Żyda. Mieli tu w Krakowie fabrykę. Znane nazwisko, ale zapomniałam. Obydwoje zginęli. Z kolei Franka, siostra Witka, trafiła do fabryki broni w Mielcu. Pewnego dnia przyjechał do nas stamtąd policjant z listem. Franka prosiła, żeby jej podać pieniądze, ubranie i jedzenie. Zabrałam pieniądze od Szuncowej, kupiłam co potrzeba i policjant zabrał te rzeczy. Potem przyjeżdżał jeszcze kilka razy. W ostatniej notatce informowała mnie: „Wywożą nas, ale nie wiem gdzie. Jak będę wiedzieć, to dam ci znać.”

- I odezwała się do pani?
- W 1945 roku, w majowy dzień byłam z dzieckiem na polu. Ulicą szła jakaś kobiecina, niosła tłumoczek na plecach. Podeszła do mnie i mówi: – Nie poznajesz mnie. To ja, Franka! – Była tak strasznie zmieniona, chuda. Rozpłakałyśmy się obydwie. Wzięłam ją do domu, zagrzałam wodę, miałem tylko wielką miednicę. Pomogłam jej się umyć, obcięłam włosy, bo była zawszona. Została u nas. Za trzy tygodnie przyszedł jej mąż, Dolek. Nazywali się Nichtbergerowie. Do kuchni wstawiłam łóżko. Oni spali w kuchni a my z mężem w pokoju. Teściowa już zmarła. Jednego dnia zmarła na tyfus moja czteroletnia córeczka i teściowa... To było w styczniu 1945 roku. Księże, co ja wtedy przeżyłam...! Nichtbergerowie przez trzy miesiące mieszkali z nami. Potem znaleźli mieszkanie na ulicy Celnej. Tam mieszkali do 1952 roku. On miał jakieś znajomości. Ktoś, kogo znał z obozu, był teraz w rządzie komunistycznym. Wystarali się o dokumenty i wyjechali do Izraela.

- Po wojnie miała Pani okazję ich odwiedzić.
- Franka zawsze o nas pamiętała. Wysyłała paczki, listy. W 1964 roku przysłała zaproszenie do Izraela. Napisała: „Zapożycz się, a ja ci potem wszystko wrócę”. Pięć razy jeździłam do Warszawy żeby załatwić formalności. Wyjechałam we wrześniu 1964. Byłam trzy miesiące. Traktowali mnie w sposób naprawdę wyjątkowy. Zwiedziłam wszystkie miejsca, w których był Pan Jezus. Mieszkałam w Tel Avivie u Franki, która była osobą religijną. Jak wieczór szłyśmy spać mówiła: – Teraz czas na modlitwę. Idź się módl po swojemu, a ja będę po swojemu. – Tak było.

- Na medalu widnieją słowa: „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. Czy czuje się Pani bohaterką?
- Jakby to powiedzieć… Do tej pory mam w pamięci taki obraz. Jechałam tramwajem z miasta na Podgórze. Tramwaj zatrzymali przed wjazdem na most. Po drugiej stronie zaczynało się getto. Dochodziły do nas strzały. Nie można było wysiąść. Ruszyliśmy gdzieś za dwie godziny. Boże, a tu wiozą na takim platonie, jak potem wozili węgiel, liczne zwłoki. Po bokach zwisały ręce i nogi... Przyszłam do domu roztrzęsiona. Mąż mówi: – Już więcej nie puszczę cię do getta... – Przecież nie mogłam ich zostawić...

Maria Florek (z domu Jankowska) – urodziła się w 1921 r. w Lubartowie. W okresie okupacji wraz z mężem Bronisławem pomagała Żydom w Krakowie. Po wojnie pracowała w Elektrotechnicznej Spółdzielni Pracy. Ma trzy córki (dwie już nie żyją), pięcioro wnuków i troje prawnuków. Od 1979 r. mieszka w Nowym Bieżanowie w Krakowie.

Zdjęcie - tn